Niecodziennik Muzealny - Ciechanowiecka Kronika Kryminalna cz. 2

Monday
28
December
2020

Dnia nie ma, żebyśmy nie czytali w pismach opisów przestępstw i zbrodni.
Człowiek przywyknąć może do trucizny i do widoku krwi, jak przywyka do tytoniu, kawy lub herbaty, a dla niektórych opisy scen tragicznych i przestępstw kryminalnych stały się może nawet rozrywką potrzebną dla konkokcji żołądka.

Ciekawe to i rozrywające, nie dla wszystkich jednak: jeden i ten sam pokarm jednym smakuje – dla innych cierpkie ukrywa w sobie gorycze. Jedni patrzą przede wszystkim na ilość zrabowanych pieniędzy i zadanych ran – inni bolesnym westchnieniem mierzą upadek moralności społecznej jako owej gleby, z której przyszłość narodów wykwita w złote ziarno albo trujące chwasty.

Ale sceniczność zbrodni posiada i kulisy, za którymi kryje się często w następstwie blade widmo ciężkiej niedoli, którego świat nie widzi, nie bada, nie odczuwa i rzadko bieży z pomocą lub uleczyć jest zdolny, a niedola ta bogatą jest w całe morze łez i goryczy, wołających o pomstę i karę na sprawcę nieszczęścia, ale kara nie zawsze przychodzi.

Zygmunt Gloger

CIECHANOWIECKA KRONIKA KRYMINALNA CZ. 2

W poprzedniej części naszej kroniki zaprezentowaliśmy kryminalne oblicze Ciechanowca i jego okolic w dobie przed rozbiorowej. Teraz przenosimy się do okresu zaborów, równie obfitującego w przestępstwa i wykroczenia. Obok uchylania się od tzw. „naturalnej powinności”, nie dostarczania podwód, unikania obowiązkowej służby wojskowej, pojawiały się również kradzieże, morderstwa, podpalenia itp. Oprócz nich w źródłach historycznych z XIX i na początku XX w. znalazły się informacje o czynach zabronionych, o które dzisiaj trudno nam uznać za wykroczenia przeciwko legalnej władzy. Przykładowo za przestępstwa uchodziły niektóre z praktyk religijnych kultywowanych przez społeczeństwo polskie. W 1875 r. w Królestwie Polskim wprowadzono zakaz organizowania procesji. Co prawda ów przepis często pozostawał „martwy”, jednak co jakiś czas władze gubernialne sobie o nim przypominały. W 1902 r. z prawobrzeżnego Ciechanowca wyruszyła procesja na odpust do pobliskiego Kuczyna, o czym skwapliwie raportowano, oburzonemu tym faktem, gubernatorowi łomżyńskiemu.

Przejdźmy jednak od poważniejszych przestępstw.

Od 1807 r. Ciechanowiec był miastem granicznym. Na Nurcu wyznaczono granicę między Księstwem Warszawskim i Rosją. Po utworzeniu Królestwa Polskiego linię demarkacyjną biegnącą na rzece utrzymano. Było to utrudnienie dla miejscowej ludności, a jednocześnie powód aktywności wszelkiej maści przemytników. Istniejąca w Ciechanowcu komora celna publikowała w prasie ogłoszenia o udaremnionych próbach nielegalnego przewozy najróżniejszych towarów. W skład kontrabandy wchodziły m.in.: konie, alkohol, wyroby tytoniowe, tkaniny, a w okresie poprzedzającym powstanie styczniowe broń i amunicja. Poniżej zamieszczamy dwa przykładowe obwieszczenia tego typu z „Dziennika Powszechnego” z 1833 r.:

Komora Celna 2go Rzędu Ciechanowiec.

Podaje do publicznej wiadomości, iż z dnia 2 na 3 b. m. w nocy, w lesie pod wsią Brzozową, Powiecie Tykocińskim, przez Pawła Jankowskiego strażnika celnego ujęte i do tutejszej Komory do postępowania fiskalnego dostawione zostały obiekta następujące:

  1. Araku w czterech pół ankrach niepełnych garncy 14.
  2. Koń gniady bez odmiany, na lewe oko ślepy, lat 12 mający.
  3. Sanie stare niekute.

Gdy podług doniesienia dostawiającego osoby przemycające ucieczką się ratowały i dościgniętemi nie zostały; Komora przeto wzywa niniejszem niewiadomego powyższych obiektów właściciela, aby w przeciągu czterech tygodni od daty dzisiejszej, do Komory tutejszej zgłosił się i własność swą udowodnił; w przeciwnym bowiem razie zaocznie z nim postąpiono zostanie. Wzywa oraz Komora wszystkich którzy by jakiekolwiek szczegóły w obecnym przedmiocie, mianowicie o właścicielu towarów lub defraudantach i ich wspólnikach, tudzież o niezupełnem dostawieniu towarów wiadomości posiadali, aby w tymże przeciągu czasu do tutejszej Komory lub do Komisji Województwa Augustowskiego doniesienia swe bez użycia stępla uczynili, i w tem okoliczności a nade wszystko świadków zadyktowali.

W Ciechanowcu d. 5 Stycznia 1833 r.

Nr. Dz. 12 W. Kośmiński.

Komora Ceł IIgo Rzędu Ciechanowiec.

Podanie do publicznej wiadomości, iż z d. 3 na 4 b. m. w nocy nad granicą, pod Chojną Bochnowską, przy wsi Ślepowrony na górze, w Gminie Boguty, Obwodzie Ostrołęckim, Wdztwie Płockim położoną, przez Jabłonowskiego Strażnika granicznego zabrany i do Komory tutejszej do postępowania fiskalnego dostarczony został w jednym colissig. B. A. 211, brutto 50, perkal kolorowy w ilości sztuk 10, netto funtów 45 ważący. Gdy podług doniesienia dostawiającego osoby przemycające ratowały się ucieczką i dosięgniętymi nie zostały; Komora przeto wzywa niniejszem niewiadomego powyższego perkalu właściciela, aby w przeciągu czterech tygodni od daty dzisiejszej do Komory tutejszej zgłosił się i własność swą udowodnił; w przeciwnym bowiem razie zaocznie z nim postąpiono zostanie; wzywa oraz Komora wszystkich którzy by jakiekolwiek szczegóły w obecnym przedmiocie, mianowicie o właścicielu towarów lub defraudantach i ich wspólnikach, tudzież o niedostawieniu towarów wiadomości posiadali, aby w tymże przeciągu czasu do tutejszej Komory lub Komisji Województwa Augustowskiego doniesienia swe osobiście lub przez korespondencją na papierze prostym uczynili, i w tym okoliczności, a nade wszystko świadków zadyktowali.

w Ciechanowcu dnia 6 sierpnia 1833 r.

N.D. 6658 Kłobukowski. – W. Kośmiński.

W przypadku gdy właściciel zarekwirowanego towaru nie odebrał mienia, było ono konfiskowane, a każdy z celników biorących udział w przejęciu kontrabandy otrzymywał określony procent od jego wartości. Przykładowo 13 marca 1833 r. Do odebrania takich należności w Ciechanowcu wzywano:

  1. Gnatowskiego Strażnika celnego złp. 53 gr. 28
  2. Muchę i Płońskiego Strażników tabacznych - 20 - 1
  3. Płońskiego Straż. tabacz. - 27 - 19
  4. Sokołowskiego Straż. cel. - 92 - 27
  5. Tałkowskiego i Daniłę Pietrow - 4 - 24
  6. Offenberga Straż. celne. - 5 - 24
  7. Kwiatyńskiego ditto - - 22
  8. Szczukę Obwieszczyka rosyjskiego - 4 - 4

Pospolitym przestępstwem były kradzieże o czym stosunkowo często donosiła prasa. Zazwyczaj złodzieje zakradali się nocą do domów i zagród, zabierając co cenniejsze przedmioty śpiących domowników. W ten sposób w październiku 1898 r. obrabowano młynarza w Nurze. Korespondentka gazety „Echa Płockie i Łomżyńskie” pisząc o tym zdarzeniu dodała, że ślady rabusiów prowadziły za Bug do sąsiedniej guberni siedleckiej.

Łupem złodziei często padały konie, do czego okazją były, jak to określił korespondent „Gazety Handlowej” w 1873 r., małomiasteczkowe jarmarki. Jego zdaniem proceder ów miał kwitnąć szczególnie w guberni grodzieńskiej. Jednak w guberni łomżyńskiej wcale nie było lepiej, tu również koniokradów nie brakowało. Prasa wielokrotnie donosiła o zorganizowanej siatce przestępczej trudniącej się tym procederem. Miała ona zrzeszać nawet kilkaset osób w całej guberni, zatrudniając nie tylko złodziei, szmuglerów, paserów, ale nawet policjantów. Organizacja miała posiadać własne ukryte stajnie i pastwiska, gdzie konie przetrzymywano przed sprzedażą na miejscu, lub o wiele częściej, przeprowadzano je za granicę. Był to bardzo opłacalny proceder, dlatego też złodziei nie odstraszały surowe kary więzienia lub wywózki na Syberię. „Gazeta Warszawska” z 1889 r. donosiła o procesie kilkudziesięciu koniokradów przed sądem łomżyńskim:

Z Łomżyńskiego piszą do nas pod dniem 20 września:
Któż nie przypomni sobie głośnej sprawy o niesłychanie rozpowszechnioną i zręcznie uorganizowaną kradzież koni w Łomżyńskiem? Był to formalny przemysł, zatrudniający setki ludzi, posiadający swoją hierarchię i swoje prawa, i gnębiący ludność rolniczą przez długie lata, nim nareszcie był ukrócony przynajmniej w części i na czas jakiś przez energiczną działalność sędziego śledczego z Łomży. Wyraziłem się, że tylko na czas jakiś, ponieważ hydra ta do radykalnego jej wytępienia potrzebowały wyjątkowych przepisów, bez których zachowuje swój nikczemny żywot, utajony czasowo w podziemiach. Przed laty 3 sędzia śledczy przez wykrycie rozległej bandy i całej organizacji handlu kradzionymi końmi i rzeczami wyświadczył niepospolitą usługę powiatowi łomżyńskiemu i ościennym. W ostatnich latach tak samo zasłużył się sędzia śledczy łomżyński. Kilkudziesięciu złodziei końskich zostało skazanych na zesłanie na Syberię. Inni, dla dostatecznych dowodów, wypuszczeni lub niewyśledzeni, wstrzymali się przynajmniej czasowo od szerzenia zgubnej klęski. W takich ogniskach bandy, jak Jedwabno, Ciechanowce, Trzcianne i Zambrów, a szczególniej to ostatnie miasteczko, prowadzony przez Żydów frymark kradzionymi końmi dziś przestał być publicznym. Niektórzy ratowali się ucieczką, a mianowicie kilkunastu Żydów ze sporym groszem drapnęło do Ameryki.

Oprócz kar wymierzanych przez wymiar sprawiedliwości, złodziejom groziło niebezpieczeństwo ze strony samych poszkodowanych. Zdarzało się, że mieszkańcy okradzionych gospodarstw sami brali odwet na złoczyńcach. Gdy udało im się dogonić i schwytać koniokradów dokonywali na nich samosądów, najczęściej kończyło się na dotkliwym pobiciu, po czym przekazywano takiego delikwenta władzom państwowym. Zdarzały się jednak wypadki, gdy rozwścieczeni chłopi posuwali się o krok dalej. Za przykład może tu posłużyć sprawa morderstwa popełnionego na szosie w lesie koło Mężenina. Nieznani sprawcy zabili znanego w okolicy złodzieja koni, a „zamordowanie połączone było ze strasznymi okrucieństwami.”

Takie kradzieże zdarzały się stosunkowo często w ciągu całego okresu zaborów. Najstarsza wzmianka na ten temat z naszych okolic (do jakiej udało się dotrzeć) pochodzi ze stycznia 1804 r. Wówczas władze pruskie wydały list gończy za Nossenem Selkowiczem podejrzanym o uprowadzenie koni z transportu z Ciechanowca do Ostrowi Mazowieckiej. Kolejna wzmianka o tego typu przestępstwie pochodzi z 1808 r. i dotyczy przemytu. Na wyjazdowej sesji sądu powiatowego w Ciechanowcu rozpatrywano sprawę przeciwko kapitanowi kozackiemu Czukrynowi zamieszanemu w nielegalne przeprowadzenie kradzionych koni przez granicę państwową. W 1834 r. pod tym samym zarzutem przed Bielsko-Drohiczyńskim Sądem Powiatowym postawiono Franciszka Kozieradzkiego ze wsi Mień.

Złodzieje najczęściej okradali stajnie pod osłoną nocy, gdy właściciele byli pogrążeni we śnie. Próbowano się przed tym zabezpieczyć zakładając koniom penta na nogi, pilnując obejścia osobiście lub poprzez wyznaczonych do tego stróżów, jednak oba te sposoby okazywały się mało skuteczne. Czego dowodem są ogłoszenia prasowe w „Gazecie Świątecznej z 1913 i 1907 r., w której obrabowani, opisywali skradzione zwierzęta, niekiedy obiecujący nagrodę z ich odnalezienie:

Skradziono mi nocą na 6-ty marca dwa konie wałachy, maści karej, warte po sto rubli. Jeden 10-letni, ma ząb wyszczerbiony: drugi 6-letni, bez żadnych znaków. Jan Zalewski w folwarku Jankach: poczta Ciechanowiec w guberni grodzieńskiej.

Nocą z 16 na 17 sierpnia skradziono kobyłę ze źrebakiem. Lat 10 maścisiwej, między nozdrzami ma pasek biały, wzrostu średniego; źrebak, a raczej źrebka jest gniada, bez żadnej odmiany i bardziej okazała. Za odnalezienie dam 50 rubli nagrody. Adres: gubernia grodzieńska, powiat bielski, wieś Koce-Piskuły, Mikołaj Koc, poczta Ciechanowiec.

Niekiedy konie kradziono w nieco bardziej efektowny sposób. W nr 120 „Gazety Warszawskiej” z 1874 r. czytamy:

Oto przed dwoma laty również dwóch starozakonnych najęło we wsi Złotoryi włościanina Miastkowskiego, aby ich zawiózł na jarmark do Ciechanowca. Człowiek ten opowiada, iż w drodze poczęstowany został przez „kupców” gorzałką, po której twardo i dość nagle zasnął, a obudził się dopiero po kilkunastu godzinach, zostawiony w lesie bez koni, wozu, których jego poszukiwania nie wykryły. Widzimy więc, że wypadki powtarzają się w różnych stronach kraju, a o ile słyszeliśmy, bywają co kilka miesięcy ogłaszane lub nie ogłaszane, bez morderstwa lub z takowym (gdy na przykład woźnica wódki nie pija), a zwykle nie wykryte. Ponieważ we wszystkich razach bywa najęcie dobrej pary koni przez dwóch ludzi nieznanych w okolicy (którzy przy sobie posiadają usypiający napój lub narzędzia mordercze), sądzimy więc, iż ostrożność w najmowaniu się z końmi powinna wypadkom podobnym zapobiec. Potrzebę zaś takiej ostrożności powinny między ludem ogłosić urzędy gminne, okólniki policyjne, ambona i pisma ludowe, których jak największe rozpowszechnienie po wioskach jest z wielu podobnych względów bardzo pożądane.

Nie brakło tu również przestępczości zorganizowanej o mafijnym charakterze. Wyżej wspominaliśmy o organizacji zajmującej się kradzieżą koni, ale były też inne prowadzące odmienną działalność. Jedna z takich grup zajmowała się uprowadzaniem dziewcząt oraz wywożeniem ich do Białegostoku i Brześcia Litewskiego, gdzie prawdopodobnie były zmuszane do prostytucji. Doniesienia na ten temat opublikowano w 1913 r. na łamach „Gazety Białostockiej”:

Handlarze żywym towarem. W Ciechanowcu grasuje obecnie banda handlarzy żywym towarem, która stara się w rozmaity sposób wywieść stąd dziewczęta. Czyhają tam zwłaszcza na dziewczęta, wyjeżdżające same koleją. „Złowiony” towar wyprawiają do Białegostoku lub Brześcia Litewskiego, gdzie „organizacja” opiekuje się ofiarami. W tych dniach zaaresztowano jednego z tej bandy.

Wspomniano już, że jarmark św. Wojciecha był okazją dla wielbicieli cudzego mienia. Starali się je zagarnąć nie tylko za sprawą kradzieży, ale również różnego rodzaju loterii i innych gier hazardowych. Niejednokrotnie kuszono naiwnych perspektywą wysokiej wygranej, następnie odzierając ich z ostatniego grosza. W tym niecnym celu chętnie wykorzystywano gry karciane. Julian Borzym w swoim pamiętniku zanotował, że w 1873 r. w Ciechanowcu funkcjonowała szulernia w domu mieszczanina, rzeźnika Mierzwińskiego. Autor wspominał o pewnym oficerze, który w Ciechanowcu miał kupić konie dla swojego oddziału, ale zadania nie wykonał ponieważ przegrał wszystkie przeznaczone na ten cel fundusze . Wspomina również o pewnym niezamożnym szlachcicu, który po przegranej wszystkich pieniędzy podjął, na szczęście nieudaną, próbę samobójczą.

Plagą Ciechanowca były pożary, nękające lokalną ludność z dużą intensywnością. W nr 238 „Kuriera Warszawskiego” z 1900 r. informowano, że w przeciągu ostatnich 10 lat, tak osada, jak i położone na przeciwległym brzegu miasteczko aż 4, lub 5 razy padało pastwą płomieni. Niektóre z nich były wynikiem celowych podpaleń, o czym donosiły „Echa Płockie i Łomżyńskie” w 1900 r.:

Z Ciechanowca (pow. Mazowiecki). 26 sierpnia od ognia, jaki miała wzniecić zbrodnicza ręka, prawie cała osada tutejsza zgorzała, tembardziej, że domy przeważnie drewniane, a nie było ani środków ratunkowych ani straży ogniowej.

Jeszcze nie zgasły zgliszcza pierwszego pożaru, gdy naraz w dwóch miejscach ukazały się płomienie 29 sierpnia w Ciechanowcu, zamieniając w kupę rumowisk prawie całe miasto sławne jarmarkami na konie. Na razie straty nieobliczone.

Setki rodzin pozostały bez dachu nad głową wobec zbliżającej się zimy i bez środków do życia.
Civis

W kolejnym numerze rzeczonej gazety ponownie znalazła się informacja o tym pożarze. Korespondent sprecyzował w niej, że ofiarą płomieni padły głównie domy żydowskie ciasno stłoczone na ul. Kozarskiej i nad brzegiem Nurca. Dotkliwą stratą dla miejscowej społeczności było spalenie się apteki. Ogółem w prawobrzeżnym Ciechanowcu spłonęło 68 domów. „Echa Płockie i Łomżyńskie” nr 79 informowały, że płomienie ogarnęły także przeciwległy brzeg rzeki. Jak to określono w „Ciechanowcu litewskim” spłonęło aż 240 domów. Na szczęście poruszony losem pogorzelców Stanisław Kiersnowski z Szepietowa przyszedł im z pomocą. Zorganizował komitet zajmujący się wsparciem finansowym ofiar. Każdy z poszkodowanych mógł liczyć na niewielki zasiłek pieniężny. Ponadto Kiersnowski pojechał do Łodzi, prosić tamtejszych fabrykantów o materiały na odzież, a władze państwowe o pozwolenie na bezpłatny transport towarów koleją do stacji w Czyżewie.

1) J. Borzym, Pamiętnik podlaskiego szlachcica, Łomża 2011, s. 332.

Mniej więcej w tym samym czasie (23 września 1900 r.) także w Nurze doszło do podłożenia ognia. Okoliczności tego przestępca opisał niejaki P.M.:

Ogień powstał z podpalenia. – Pewien wyrostek, syn gospodarza Piotra Terlikowskiego już dwa razy w tym roku zdradzał chęć podpalenia (mania ognia), lecz zawsze ogień został w porę ugaszony.

W tę niedzielę matka wyszła na miasto, pozostawiwszy samego chłopca, który skorzystał z nieobecności starszych i podpalił chlew. Ogień jak donosiliśmy strawił 18 domów mieszkalnych i 40 z górą zabudowań gospodarskich. Spaliła się żywcem Rozalia z Łaszczów Kamińska, staruszka 72-letnia.

Zarówno w Nurze jak i w Ciechanowcu dostrzegano niewystarczający stan środków przeciwpożarowych, ich niewielką ilość oraz zły stan techniczny, co w przypadku konieczności walki z płomieniami miało tragiczne skutki. Również warty nocne, mające czuwać nad bezpieczeństwem mieszkańców pozostawiały wiele do życzenia. Jedna z mieszkanek Nura w 1898 r. na łamach „Ech Płockich i Łomżyńskich” nr 49, obrazowo przedstawiła niekompetencję strażników i niskie kary grożące za niedbalstwo oraz niedopełnienie obowiązków:

Warty nocne, tak niezbędne dla życia i mienia ludzkiego, istnieją tylko de nomie dla straży ziemskiej. Jeżeli strażnik nie znajdzie warty, która często śpi w domu w najlepsze, to poczęstunek dla złagodzenia wystarczy, a i kara pieniężna nieznaczna, bo 30 kop. wynosi. O ubezpieczeniu się tutaj słyszeć nie chcą, wolą później żebraniną odbijać straty. Jeden np. gospodarz próżniak i pijaczyna Rębiszewski z Rębaszewa (pow. łomż.) pogorzał przed 20 laty i dotychczas udaje pogorzelca. Jazda „po kucie” jak tu mówią, dobrze się opłaca, bo i konika wychowa i przepije sporo.

Jednak pod wpływem powtarzających się pożarów, coraz częściej zaczęły pojawiać się głosy o konieczności utworzenia straży ogniowej. Ostatecznie w 1908 r. w lewobrzeżnym Ciechanowcu powstało Dobrowolne Stowarzyszenie Pożarnicze.

Oprócz wymienionych wyżej występków nie brakowało tu przykładów przestępstw natury gospodarczej, powiązanej z funkcjonowaniem miejscowych przedsiębiorstw. Począwszy od lat trzydziestych dziewiętnastego wieku w mieście dynamicznie rozwijały się zakłady włókiennicze. Mirosław Reczko w publikacji pt. Relacje polsko-żydowskie w rejonie Ciechanowca w okresie II wojny światowej, czyli jak diabeł powiększał swoje królestwo, wykazał, że już w 1846 r. z pośród 15 firm aż 8 należało do przedsiębiorców żydowskich. Autor podejrzewa, że nie byli oni do końca uczciwi i ukrywali znaczną część swoich dochodów. Aby zilustrować ten proceder przytoczył powiedzenie, funkcjonujące wśród miejscowej społeczności wyznania mojżeszowego: „iż magnat biznesowy w Warszawie miał połowę tego, na ile oceniali go inni, a jego odpowiednik z Ciechanowca miał dwukrotność, tego na ile był przez ludzi wyceniany.”

Od czasu uwłaszczenia punktem zapalnym między dworem ziemiańskim a wsiami chłopskimi były serwituty, m.in. leśne. Przed uwłaszczeniem włościanie mogli korzystać z pańskich lasów zabierając grubsze gałęzie i chrust oraz wypasając żywy inwentarz. Jednak z chwilą uwłaszczenia uprawnienia te stały się kością niezgody między ziemiaństwem a włościanami. Spory tego typu niekiedy przybierały dramatyczny obrót. Nr 4 „Gazety Białostockiej” z grudnia 1912 r. donosi o rozprawie sądowej związku z zabójstwem podleśnego z Rudki, Matysiaka:

Bielsk 30 listopada 1912 r.

U nas w Bielsku, w dniu dzisiejszym wyjazdowa sesja Grodzieńskiego Sądu Okręgowego z udziałem przedstawicieli stanu: miejscowego Marszałka szlachty, Prezydenta miasta Bielska i wójta gminy Pasynkowskiej rozpatrywała sprawę wynikłą na tle agrarnych nieporządków w lasach dóbr Rudka, Hrabiny Potockiej, gdzie włościanie niesłusznie pretendowali na serwitut pastwiskowy w pewnej części lasu, wskutek czego został zabity przez tłum włościan wsi Rudka, podleśny hrabiny Potockiej, Matysiak. Wyrokiem Sądu Okręgowego zostali skazani na pozbawienie praw i twierdzę 12-ch włościan na 4 lata a 4-ch na trzy lata oraz na jednorazowe zapłacenie pozostałej wdowie po zabitym z kilkorgiem nieletnich dzieci pięciu tysięcy rubli odszkodowania. Przy pierwiastkowym śledztwie u Sędziego Śledczego byli pociągani gospodarze całej wsi Rudka do odpowiedzialności, lecz po przeprowadzeniu śledztwa wyjaśniło się, że brali czynny udział główni przywódcy w liczbie ośmiu, którzy znaleźli się na ławie oskarżonych, z tych sześciu jak wyżej nadmieniłem, zostali skazani a dwaj uniewinnieni.

Obronę za podsądnymi wnosił adwokat przysięgły Bażanow z Grodna, a powództwo cywilne ze strony Matysiakowej, adwokat przysięgły Aleksandrowicz.

Nie był to wypadek odosobniony, w wielu podlaskich majątkach dochodziło do podobnych tragedii. W Pietkowie leśnik dworski Kazimierza Starzeńskiego został zabity przez 4 chłopów ze wsi Daniłowa, gdyż zabraniał im wypasu bydła w należącym do majątku lesie.

Z prawem do zbierania opału w lasach dworskich czasami wiązały się zatargi między samymi włościanami. Opis jednego z takich dramatycznych zajść opisano w nr 169 „Kuriera Warszawskiego” z 1898 r. Mimo, że nie dotyczy ona okolic Ciechanowca, przytaczamy go w całości:

Korespondent nasz z Tykocina pisze:
Okolica nasza zostaje pod wrażeniem ohydnej zbrodni, spełnionej przed tygodniem w lesie należącym do dóbr Kurowo.
W lesie powyższym posiada serwitut opałowy duża i zamożna wieś Pszczółczyn. Jeden z bogatszych gospodarzy tej wioski, nazwiskiem Hurko, który od lat kilku wysyłał zawsze po opał serwitutowy swojego parobka, tym razem z rana udał się do lasu sam i przysposobił do południa stos opału z zamiarem przywiezienia go po obiedzie. Gdy jednak po południu pojechał wozem po to drzewo do lasu, zastał tam swego sąsiada, Stanisława Olszewskiego, który postanowił skorzystać z nagromadzonych przez Hurkę gałęzi i przy pomocy swojej żony ładował je na wóz własny. Oczywiście zaczęła się kłótnia pomiędzy Hurką a Olszewskim, a gdy z tej wywiązała się bójka, żona Olszewskiego, rzuciwszy się z siekierą na Hurkę, zadała mu kilka ciosów śmiertelnych. Leśnik dworski, który nieraz otrzymywał już guzy i pogróżki od włościan serwitutowych, na widok tej zbrodni ukrył się w gąszczu leśnym, jak również i pastuszek wiejski. Spoza drzew obaj obserwowali tylko, jak konający Hurko błagał, aby go nie dobijano, ale pozwolono mu wyspowiadać się przed kapłanem. Rozwścieczona jednak Olszewska powracała kilkakrotnie i siekierą rąbała Hurce na kawałki głowę i ręce.
Bicie leśników dworskich wydarzyło się w tych stronach już nieraz, gdy ci nie dopuszczali przekroczenia przepisanej prawem miary służebności. Tym razem rozzuchwalona chciwość zwróciła siekierę w ręku kobiety przeciwko najbliższemu sąsiadowi, korzystającemu również z praw serwitutowych.
Obojga Olszewskich niezwłocznie aresztowano i odwieziono do miasta powiatowego Mazowiecka, gdzie, stanąwszy przed sędzią śledczym, wobec naocznych świadków nie mogli zapierać się spełnienia strasznej zbrodni.
Musimy tu jednak dodać, że wypadek powyższy jest wyjątkowym i nie należy z niego sądzić bynajmniej ogólnie o zawziętości ludu wiejskiego. Tam, gdzie służebności mogły być już załatwione na drodze umów dobrowolnych, nie wydarza się dzisiaj bicie służby dworskiej przez włościan i bójki wzajemne użytkowników.


Rys. Zabójstwo włościanina Hurko – rys. E. Kotkowicz

Kolejnym problemem dotykającym wieś podlaską było wychodźstwo. Przełom XIX i XX wieku to okres wzmożonej emigracji za ocean. Był to wieki problem społeczny, często poruszany w ówczesnej prasie. Nastroje emigracyjne, panujące również w powiecie bielskim, niejednokrotnie określano mianem „gorączki brazylijskiej”. Ludzie wyprzedawali własne gospodarstwa, byle tylko zebrać fundusze i móc udać się do zamorskich krajów w poszukiwaniu lepszego życia. Wykorzystywali to kupcy wykupujący za bezcen żywy inwentarz, sprzęty domowe itp. Związane z wyjazdem formalności były jednak kosztowne, więc szybko pojawiła się nielegalna emigracja. Co bardziej przedsiębiorczy przestępcy potrafili to wykorzystać. Mirosław Reczko wspominał o bankierze ciechanowieckim Michale Kałamarzu, kierującym Ciechanowieckim Towarzystwem Pożyczkowo-Oszczędnoścowym, trudniącym się przerzutem Żydów do USA:

Emigracja z Rosji była oficjalnie zabroniona. Uzyskanie paszportu było bardzo trudne i kosztowne. Za 100 rubli Kałamarz z pomocą wspólników – Fishela ben Meir Yoela i jego siostrzeńca Michela Mendela, którzy przeprowadzali chętnych przez granicę pruską – dostarczał ich do portu w Krulewcu i ekspediował w podróż do Ameryki. Z tej kwoty pokrywano łapówkę dla straży granicznej, a 20 rubli inkasował Yoel za przeprowadzenie. Ci, którzy bali się nielegalnego przekupywania strażników, dopłacali 10 rubli i przejeżdżali legalnie granicę koleją. Wraz z wybuchem wojny [I wojny światowej] obaj wspólnicy, Michel Kałamarz i Icchak Szapiro [księgowy Ciechanowieckiego Towarzystwa Pożyczkowo-Oszczędnościowego], zniknęli. Wraz z nimi zniknęły też bezpowrotnie oszczędności wielu żydowskich rodzin.

Na zakończenie dodajmy, że Ciechanowiec nie był jedynie miejscem popełniania czynów zabronionych prawnie, niekiedy schronienia w nim poszukiwali przestępcy z innych okolic. Jednym z nich był Hieronim Vogt, który po powstaniu styczniowym zamieszkał w Ciechanowcu. W latach dwudziestych XIX w. był on właścicielem manufaktury w Zgierzu, mimo to nie był szanowanym obywatelem. Nadużywał alkoholu, często wdawał się w awantury słowne i nie tylko, w szynkach oraz na ulicach. 30 października 1826 r. był prowodyrem zamieszek w Zgierzu, podczas których grupa 200 czeladników, uzbrojonych w kamienie i pałki usiłowało siłą wydostać z aresztu jednego z nich, Gotlieba Kietlinga. Doszło wówczas do starć z policją i obywatelami miasta spośród których kilku zostało rannych. Była też jedna ofiara śmiertelna. Po stłumieniu zamieszek do aresztu trafiło 48 osób wśród których znalazł się Vogt, skazany następnie na 5 miesięcy pozbawienia wolności. Ponadto razem z innymi skazanymi został obciążony kosztami sądowymi i utrzymania kompanii artylerii konnej, sprowadzonej do miasta w celu zaprowadzenia spokoju (oskarżeni zapłacili jedynie niewielką część zasądzonych kwot). Vogt był winien także przestępstw finansowych o czym w artykule „Bunt czeladzi w Zgierzu 1826” wspominał Roman Gawiński. W 1831 r. nie płacił podatków, brał towary na kredyt po czym nie regulował należności, nie wykonywał zamówień mimo uprzedniego wzięcia zaliczek, nie spłacał pożyczek. Ciążące na nim wierzytelności skłoniły go do opuszczenia Zgierza i wyjazdu do Ciechanowca. Nie mieszkał tu jednak długo i po pewnym czasie wrócił do Zgierza, gdzie nie zdołał odbudować swej dawnej pozycji.

Jak widać w XIX i początku XX w. Ciechanowiec i jego okolice nie był wolny od wszelkiego rodzaju przestępstw i wykroczeń. W powyższym tekście zaprezentowano jedynie część z nich. Dlatego też w kolejnej odsłonie Ciechanowieckiej Kroniki Kryminalnej zostaną przedstawione inne występki popełniane między innymi przez przedstawicieli lokalnych władz.

Eryk Kotkowicz – pracownik Działu Historycznego